Rodzice, czy też dziadkowie z biegiem czasu zakończyli spory. Coraz rzadziej opluwali, ubliżali i wygrażali sobie nawzajem. Robili to tak rzadko, że w końcu przestali się do siebie odzywać. Jeżeli spotykali się, to tylko na kilka przypadkowych sekund mijając się w wejściu małej chatki na wybrzeżu, której jednym z mieszkańców oraz wiodącym celem przybycia stron był Jesper. Z czasem jednak i on w wyniku gasnących niesnasek przestał przyjmować gości i aby nie stracić zupełnie kontaktu z dziadkami regularnie wysyłany był raz do jednej, raz do drugiej rodziny. Tam niestety nie było tak jakby sobie mógł to wymarzyć.
U Gustafssonów było wszystkiego za dużo. Wszystko było za dobre i zbyt pachnące. Już od progu witał go cudowny zapach lawendy wieszanej w ganku, a który w późniejszym dorosłym życiu miał powodować u niego nagłe reakcje alergiczne. Dalej salon i bawialnia przygotowana specjalnie dla niego. Zanim dopadał do zabawek, pakowano w niego wszystko to co znajdowało się na stole w salonie. Po łyżce z każdej miski, z każdego garnka, z każdej salaterki, z każdego kubka. I tak ryba w marchwii z mlecznymi ziemniakami, sałatka śledziowa z owocami morza i kisiel z puddingiem czekoladowym nie dawały mu spokoju dopóki nie zwracał wszystkiego gdzieś w progu pomiędzy salonem a bawialnią. Wtedy też mógł bez przeszkód przystępować do zabawy. Miał do dyspozycji wszystko to czego nie chciał. Po kilka zabawek z każdej serii, w tylu kolorach ilu nie widział nigdzie indziej, na swoje szarobłękitne, 3-letnie oczy. Rodzice mamy raczyli go sumienną opieką, co niemal wyprowadzało go z równowagi i mimo tego, że miał u nich wszystko co potrzeba zwykłemu dziecku do szczęścia, to ani razu nie rozpłakał się z niewysłowionego braku oraz frustracji. Nie chciał im psuć radości. Turid z gotowania tych wszystkich rzeczy, które szybko lądowały na dywanie, a Borgowi z bawienia się nowiutką elektryczną kolejką, której Jesper nie dotknął ani razu brzydząc się nią bardziej niż śledziem w oleju, który w domu Gustafssonów jako ostatni znikał z suto zastawionego stołu.
Rodzice starali się, aby przebywał u swoich dziadków po równo, tak aby nie dyskryminować żadnego z nich. Jesper zgadzał się na to. Dlatego solidarnie przebywając w rodzinnym domu Angelblomów wymiotował po jedzeniu, mimo, że tego było jak na lekarstwo i brzydził się obiema zabawkami, które należały wcześniej do jego ojca, a które obecnie nie pełniły żadnej roli, włącznie z tą rozrywkową. Ylva i Jens byli dumni z wnuka, dlatego z całych sił nie poświęcali mu czasu zajmując się wyłącznie sobą. Jespera obchodziło to na tyle, że postanowił nie wychylać się, udając, że go nie ma. Dopiero po godzinach Angelblomowie odnajdowali go w różnych dziwnych kątach swojej niedużej willi, o których istnieniu nie zawsze mieli pojęcie.
Prawdę mówiąc to dom na wybrzeżu był jedynym miejscem, w którym czuł się dobrze. Nawet nie przez obecność rodziców, bo ta irytowała go niesłychanie, szczególnie w pierwszym roku życia, kiedy to co noc budzili go żeby sprawdzić czy śpi i dlatego często w dzień bywał niewypoczęty i nie zawsze miał siłę i czas żeby się bawić. Był inny powód. Otóż jego dom wypełniony był lustrzaną wersją jego samego, o nieco odmiennej, bo ciemnookiej aparycji bez żadnego włosa, który powinien zwykle być przytwierdzony do czubka głowy. Jego przyjaciel Bo był zupełnie łysy, co nie przeszkadzało mu w ogóle, wręcz przeciwnie, był z niego dumny, gdy któregoś razu usłyszał od dziadka zdanie: "mądrej głowy włos się nie trzyma". Nie musiał specjalnie się nad tym zastanawiać. Ta ekstrawagancka fryzura postarzała Bo. W wieku 3 lat wyglądał na co najmniej 5-6, co wtedy jeszcze wydawało się liczbą niepojętą. Żaden z nich nie mógł być pewien, czy któryś z ich dziadków nie jest przypadkiem aż tak stary.
Bo jednak miał utrudnione zadanie, ponieważ jego żyjący dziadkowie mieszkali za wielką wodą, po drugiej stronie świata w kraju, o którym rodzice mówili, że nazywa się Polska. Jednakże podobno nikt nie wiedział jak tam jest. Nikt tam po prostu nigdy nie był. Bo twierdził, że pamięta dziadka, który był przy jego narodzinach. Jesper powątpiewał w tą teorię dopóki Bo nie oddał mu swojego przydziałowego lizaka. Wtedy wszystko stało się jasne i klarowne, a sam Jesper był w stanie uwierzyć we wszystko co usłyszał. Ufał Bo. Był jego przyjacielem. Jedynym. Pierwszym i jak później twierdził ostatnim. Mimo, że znali się krótko i ku usilnemu sprzeciwowi Jespera niestety niewiele dłużej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz