Od autora

Drogi Czytelniku, poniższa historia przedstawiona jest chronologicznie... poniżej znajduje się spis treści, zachęcam do czytania po kolei;
p.s. dziękuję M. za cenne rady oraz wsparcie

niedziela, 8 kwietnia 2012

X. Ciało cz.1


              Maj 1991 roku przerwał na szczęście pasmo marazmu. Pewnego chłodnego poranka stary Jorgen odnalazł na plaży jakieś 300 metrów od domku Angelblomów ciało wyrzucone na brzeg. Było to ciało mężczyzny w wieku około 30 lat bez żadnych znaków szczególnych, o pospolitej urodzie i aparycji. Może oprócz wyrazu twarzy, który w wyniku zaciętej walki o tlen zmienił się na tyle, że nie pasował do żadnego z żyjących mieszkańców Hammarby. Ci, którzy go widzieli zgodnie orzekli, że jest przyjezdny. Trudno było jednak osądzać jednoznacznie, gdyż nigdzie na plaży nie widać było jego rzeczy. Walizki, koca, lub ubrań, w których jakoś musiał tu dotrzeć. 
               Policja wszczęła śledztwo, chodź z pewnością trudno jest nazwać policją parę homoseksualistów, z których tylko jeden pełnił służbę w policji dłużej niż 3 miesiące. Dokładnie od 40 lat. Hans Larsson 39 i pół roku był komendantem policji w Hammarby. Wcześniej, w wieku 17 lat rozwoził do sklepów ryby, świeże i pachnące morzem makrele i dorsze. Woził je dopóki nie ukradziono mu roweru. Mimo, że stracił swoje narzędzie pracy, nie poddał się. Dalej roznosił ryby przysięgając jednocześnie, że odnajdzie swój rower.
            Już wtedy jako człowiek wierzący i praktykujący nie mógł złamać słowa. Będąc wyposażony w cudowny, zahartowany węch wyczuł zapach swojego bicykla po jednej z niedzielnych mszy, kiedy przechodził tuż obok plebanii. Podchodząc do okna zobaczył miejscowego księdza oraz własny rower przerobiony na generator napędzający radio, z którego wydobywała się 'Wolna Europa'. Od tamtego czasu Hans przestał być człowiekiem wierzącym i praktykującym. Hasło 'Wolna Europa' też zaczęło brzmieć jakoś dziwnie obco. Do tego stopnia, że znienawidził Europę, a tym bardziej wolną. Mimo to, ludziom spodobał się detektywistyczny nos Hansa. Na tyle, że został wcielony do miejskiej policji. Hans z dumą mógł wozić ryby na policyjnym rowerze, w pełnym umundurowaniu. Przypadek jednak chciał, że pół roku później musiał porzucić zawód obwoźnego ryb. Otóż rozgryzł on trudną zagadkę kryminalną na temat znikających ryb z kutrów rybackich kiedy jeszcze miały one rację bytu. Pech chciał, że to ówczesny komendant Sven Ljunberg wymuszał na rybakach rybne haracze, za co trafił na długi czas do więzienia. Hans był jego jedynym naturalnym zmiennikiem, dlatego musiał przejąć stery pozostawiając dotychczasową pracę rybnego dostawcy. Kiedy już okazało się, że osobą wymuszającą haracze nie był Sven, tylko jego brat bliźniak Jens, było już za późno. Hans zadomowił się w komisariacie na dobre. Na jakieś 40 kolejnych lat.
            Teraz czekało go trudne wyzwanie, bo o ile przez cały ten czas miał niewiele do roboty, a jedyni pojawiający się raz na jakiś czas rabusie zazwyczaj w końcu zgłaszali się do niego sami, o tyle ta sprawa stawiała przed nim spory orzech do zgryzienia.

sobota, 7 kwietnia 2012

IX. Plaża i zima


           Na realizację postanowień nie trzeba było długo czekać. Jeszcze w trakcie tych samych wakacji Jesper i Bo organizowali sobie wycieczki trzykrotnie. Każda kolejna była bardziej dojrzała, rodziła coraz to bardziej skomplikowane rozmowy pozwalające lepiej poznawać świat. Każda kolejna wyprawa kończyła się fiaskiem. Powodów zazwyczaj było całkiem sporo, zaczynając od bolących nóg i przenikliwego głodu, kończąc na zgubionej drodze i rozsznurowanych butach.
            W każdym razie nikt nie zamierzał się tym specjalnie przejmować. Nikt po za mamą Jespera, która w trosce o bezpieczeństwo pociech kiedy tylko przeczuwała, że chłopcy zamierzają mocno oddalić się od domu wyjmowała im z butów sznurówki. Bez nich trudno było się poruszać. No może oprócz plaży, na której Jesper i Bo zaczynali coraz dłużej przebywać. Szukali najczęściej muszli, których nigdy nie udawało im się znaleźć i bursztynów, które zdarzało im się napotkać. Ścigali się w tym kto znajdzie większy kamień i wyrzucali je do morza uważając, że są one absolutnie do niczego nie potrzebne. Po całodziennych zmaganiach na plaży chłopcy wracali do domu chłonąć niezbędne informacje, które napływały do nich z grającej skrzynki. Telewizja była dla nich istotnym elementem poznawczym. Jednym z niewielu w tamtym czasie.
            Przez cieplejszą część roku dni mijały tak samo. Albo plaża, albo oglądanie telewizji, albo niezbyt fortunne w skutkach przebywanie raz u jednych, raz u drugich dziadków. Kiedy nadeszły chłodniejsze dni czas zaczął płynąć inaczej. Inaczej, bo z wyłączeniem plaży. Do tego znacznie szybciej robiło się ciemno. Po za tym dni chłodniejsze mijały dokładnie tak samo jak dni cieplejsze.
            Dopiero zima przełomu 1990 i 1991 roku niosła za sobą niemałe atrakcje. Nadeszła ona niespodziewanie, bo w październiku zaskakując nawet najstarszych mieszkańców Hammarby. Śnieg, który co roku utrudniał życie mieszkańcom, tym razem czynił to ze zdwojoną precyzją, co owocowało w mrożące krew w żyłach sytuacje. Do jednej z nich zaliczyć można potrzebę fizjologiczną miejscowego rzeźnika, z którego matka natura zakpiła dosyć okrutnie przysypując mu śniegiem drzwi do nadwornej latryny, w której akurat wysilał się w pocie czoła. Zazwyczaj dumny z solidnej konstrukcji wychodka rzeźnik tym razem zaczął przeklinać na głos solidne mocowania desek. Dźwiękami wulgaryzmów nie została dotknięta jego rodzina, zebrana aktualnie przed telewizorem oglądając szwedzką wersję Rozmów w toku, odcinek zatytułowany Wyszłam za potwora.
            Jedynym wyjściem z sytuacji dla rzeźnika był podkop, co również okazało się trudnym zadaniem, ponieważ zmarznięta ziemia nie bardzo chciała ustąpić. Rzeźnik wrócił ostatecznie do domu mając na całym sobie to co chwilę wcześniej miał w sobie. Co miał w sobie on i jego żona. Oraz to co miały ich dzieci przechodzce tegoż dnia ostrą biegunkę spowodowaną beztroskim gotowaniem matki. Starszy syn widząc w progu domu gównianą postać, z niejakim obrzydzeniem zabrał się do okładania łomem nieznajomego, który tak obcesowo wtargnął do ich domu. Żałował tylko, że nie ma akurat w pobliżu ojca, który z pewnością byłby dumny z zachowania syna. Potem żałował, że nie było go z innego względu. Gdyby był, powiedziałby mu, że ta gówniana postać to on sam i jednocześnie uniknąłby przemocy. Jego syn również uniknąłby przemocy ze strony ojca, który zabrał się do tego zaraz po wyjściu z przychodni, gdzie został opatrzony przez niedowidzącego pracownika medycznego będącego na co dzień jedynie woźnym. Z powodu zimowych wakacji brakowało jednak innego personelu, a z osób, które zostały tylko on potrafił tak krzywo założyć szwy. Nikt w miasteczku nie lubił rzeźnika, więc nikt też specjalnie nie zamierzał o niego dbać.
            Zima miała trwać jeszcze przez 6 miesięcy. Po trzech atrakcje się skończyły niosąc za sobą długą dawkę nudy.

piątek, 6 kwietnia 2012

VIII. Wędrujące szczegóły


              Rok 1990 przyniósł falę wzmożonej amerykanizacji w państwie szwedzkim. Najbardziej widoczne było to w telewizji, gdzie wieczorynki składały się głównie z krótkich kreskówek z Kaczorem Donaldem, Myszką Miki, czy też Psem Gooffim. Późnowieczorne seanse zaczęły pęcznieć od filmów zza oceanu, a pierwszym, który chłopcy obejrzeli z prawdziwą pasją w oczach był "Powrót do przyszłości" Stevena Spielberga. Swoją drogą od tamtej pory obaj umówili się, że będą podróżować w czasie, nikomu o tym nie mówiąc. Zresztą podróżowali nie tylko w czasie.
            Była 6 rano, kiedy po raz kolejny nie zadzwonił budzik, nie budząc nikogo tak jak zwykle. Chris pochrapywał cicho w znieczulone latami doświadczeń lewe ucho Amalii, realizując senne plany stworzenia przedsiębiorstwa promowego w kierunku duńskiej wyspy Bronholm. Konstruktywnego chrapania zdawali się nie słyszeć mieszkający przez cienką drewnianą ściankę Erik i Erika wciąż zmęczeni nocnym maratonem filmów Bergmana, z których to zrozumieli niewiele ponad napisy końcowe. Wszystko wydawało się być na swoim miejscu, a jednak nie do końca. Brakowało dwóch szczegółów, które nie leżały już w swoich łóżkach.
            Owe szczegóły wybiegły nieco wcześniej z domu zabierając niezjedzone poprzedniego dnia kanapki. Pierwszą rzeczą, którą zrobili po przekroczeniu progu domu, było zebranie paliwa do Deloreana. Butelkę z wodą mineralną zamienili na świeżą wodę morską, po czym ruszyli w świat przedzierając się między 6-letnimi drzewkami młodego lasku, który został posadzony w czasach wielkiego upadku przedsiębiorstwa drzewnego. Dróżka prowadziła w stronę miasteczka i to właśnie ono było celem ich wyprawy. Chcieli zmienić tok wydarzeń czasoprzestrzennych, jednak będąc dość rozwiniętymi jak na swój wiek przeczuwali, że coś może nie pójść po ich myśli. Dlatego też, opracowali plan B, który mówił o tym, że jeśli nie uda się zmienić toku czasoprzestrzennego, to zmienią cokolwiek. 
           Być może plan ten okazałby się skuteczny, gdyby nie fakt, że jeszcze zanim dotarli do miasteczka napili się paliwa do Deloreana. Pojazdu przecież nie mieli, więc musieli gdzieś wlać paliwo, mimo, że było ono wyjątkowo niesmaczne, prawie tak niesmaczne jak wczorajsza zupa grzybowa. Pierwsze bóle brzucha zaczęły się zaraz po wyjściu z lasku, ostatnie natomiast skończyły się w ich własnych łóżkach, do których posłusznie wrócili nie budząc nawet rodziców. Nikt o niczym nie wiedział. Dopiero, kiedy po dobrych kilkudziesięciu minutach wstała Amalia i widząc co się dzieje z niepokojem przystąpiła do odtruwania chłopców. Jednocześnie przysięgła sobie, że nigdy więcej nie zrobi już zupy grzybowej. Chłopcy natomiast przysięgli, że powtórzą misję nie zabierając ze sobą paliwa.

czwartek, 5 kwietnia 2012

VII. Dwie rzeczy


            Przez pierwsze 3 lata swojego życia Jesper nauczył się dwóch rzeczy: tego jak należy umiejętnie sikać do nocnika i tego, że jeśli są na świecie rzeczy, które można spróbować, to znaczy, że należy ich spróbować. Dewiza ta przyświecała mu przez większą część dotychczasowego dzieciństwa, kiedy to próbował polizać się po pięcie, wysiedzieć kurze jajko, spuścić ze schodów dzbanek z herbatą, zjeść zieloną kredkę, zabić patykiem telewizor, puścić bąka w wannie. Po za tym nie odstępował Bo ani na krok. Lub też Bo nie odstępował jego. Obaj nie lubili jak ktoś inny za nimi chodził, więc chodzili sami za sobą. Chodzili tak bardzo długo, ponieważ państwo nie mogło zagwarantować im edukacji przedszkolnej. Rodzice nie byli nigdzie zatrudnieni, nauka też już jakiś czas ich nie dotyczyła. Musieli edukować ich własnoręcznie. Czas organizowany przez rodziców nigdy jednak nie był tak interesujący jak przebłyski geniuszu chłopców, którzy z upływem lat prześcigali się w coraz to barwniejszych pomysłach zabijania nudy.
            Do ciekawszych z tego okresu można zaliczyć nieudaną próbę podniesienia z upadku komunizmu w 1989 roku, o którym dowiedzieli się z telewizji. Nie wiedzieli wprawdzie czym owy komunizm jest i gdzie upadł, wiedzieli natomiast, że jeśli się upada to są dwie możliwości: albo boli pupa, albo ma się poobcierane kolana i wtedy trzeba pomóc wstać. Samemu podnieść się jest zdecydowanie za ciężko mając krótkie nóżki i jeszcze krótsze ręce. Tym bardziej jeśli przed chwilą zjadło się do syta. Była tylko jedna osoba potrafiąca odpowiednio określić kim, bądź czym jest komunizm.
            - Tato, kim jest komunizm? - dopytywał Bo swojego ojca Erika.
            - Jak dla mnie, komunizm to taki pan, który chce, żeby każde dziecko miało tyle samo lizaków.
            - To dobrze! Jesper ma 2, a ja 1... - Bo już od małego przejawiał analityczny sposób myślenia, więc dodał po chwili - ...to znaczy, że dostałbym lizaka?
            - Raczej wpierdol, a wszystkie lizaki powędrowały by do tego pana.
          - Jak możesz!? - wtrącała Erika - Dzieci powinno się edukować, a nie karmić takim "wyszukanym" słownictwem!
            - Masz rację... do tego kutafona, ten kutafon zabrał by wszystko. Nawet te lizaki, których nie macie!
            Chłopców nie interesował już komunizm, ani lizaki.
            - Tato, kim jest kutafon?
        I tak przez kilka interesujących godzin. Dzieci nie ubolewały, że nie chodzą do przedszkola. Były wystarczająco wyedukowane w domu.        

środa, 4 kwietnia 2012

VI. Dziadkowie

             
            Rodzice, czy też dziadkowie z biegiem czasu zakończyli spory. Coraz rzadziej opluwali, ubliżali i wygrażali sobie nawzajem. Robili to tak rzadko, że w końcu przestali się do siebie odzywać. Jeżeli spotykali się, to tylko na kilka przypadkowych sekund mijając się w wejściu małej chatki na wybrzeżu, której jednym z mieszkańców oraz wiodącym celem przybycia stron był Jesper. Z czasem jednak i on w wyniku gasnących niesnasek przestał przyjmować gości i aby nie stracić zupełnie kontaktu z dziadkami regularnie wysyłany był raz do jednej, raz do drugiej rodziny. Tam niestety nie było tak jakby sobie mógł to wymarzyć. 
                U Gustafssonów było wszystkiego za dużo. Wszystko było za dobre i zbyt pachnące. Już od progu witał go cudowny zapach lawendy wieszanej w ganku, a który w późniejszym dorosłym życiu miał powodować u niego nagłe reakcje alergiczne. Dalej salon i bawialnia przygotowana specjalnie dla niego. Zanim dopadał do zabawek, pakowano w niego wszystko to co znajdowało się na stole w salonie. Po łyżce z każdej miski, z każdego garnka, z każdej salaterki, z każdego kubka. I tak ryba w marchwii z mlecznymi ziemniakami, sałatka śledziowa z owocami morza i kisiel z puddingiem czekoladowym nie dawały mu spokoju dopóki nie zwracał wszystkiego gdzieś w progu pomiędzy salonem a bawialnią. Wtedy też mógł bez przeszkód przystępować do zabawy. Miał do dyspozycji wszystko to czego nie chciał. Po kilka zabawek z każdej serii, w tylu kolorach ilu nie widział nigdzie indziej, na swoje szarobłękitne, 3-letnie oczy. Rodzice mamy raczyli go sumienną opieką, co niemal wyprowadzało go z równowagi i mimo tego, że miał u nich wszystko co potrzeba zwykłemu dziecku do szczęścia, to ani razu nie rozpłakał się z niewysłowionego braku oraz frustracji. Nie chciał im psuć radości. Turid z gotowania tych wszystkich rzeczy, które szybko lądowały na dywanie, a Borgowi z bawienia się nowiutką elektryczną kolejką, której Jesper nie dotknął ani razu brzydząc się nią bardziej niż śledziem w oleju, który w domu Gustafssonów jako ostatni znikał z suto zastawionego stołu.
            Rodzice starali się, aby przebywał u swoich dziadków po równo, tak aby nie dyskryminować żadnego z nich. Jesper zgadzał się na to. Dlatego solidarnie przebywając w rodzinnym domu Angelblomów wymiotował po jedzeniu, mimo, że tego było jak na lekarstwo i brzydził się obiema zabawkami, które należały wcześniej do jego ojca, a które obecnie nie pełniły żadnej roli, włącznie z tą rozrywkową. Ylva i Jens byli dumni z wnuka, dlatego z całych sił nie poświęcali mu czasu zajmując się wyłącznie sobą. Jespera obchodziło to na tyle, że postanowił nie wychylać się, udając, że go nie ma. Dopiero po godzinach Angelblomowie odnajdowali go w różnych dziwnych kątach swojej niedużej willi, o których istnieniu nie zawsze mieli pojęcie.
            Prawdę mówiąc to dom na wybrzeżu był jedynym miejscem, w którym czuł się dobrze. Nawet nie przez obecność rodziców, bo ta irytowała go niesłychanie, szczególnie w pierwszym roku życia, kiedy to co noc budzili go żeby sprawdzić czy śpi i dlatego często w dzień bywał niewypoczęty i nie zawsze miał siłę i czas żeby się bawić. Był inny powód. Otóż jego dom wypełniony był lustrzaną wersją jego samego, o nieco odmiennej, bo ciemnookiej aparycji bez żadnego włosa, który powinien zwykle być przytwierdzony do czubka głowy. Jego przyjaciel Bo był zupełnie łysy, co nie przeszkadzało mu w ogóle, wręcz przeciwnie, był z niego dumny, gdy któregoś razu usłyszał od dziadka zdanie: "mądrej głowy włos się nie trzyma". Nie musiał specjalnie się nad tym zastanawiać. Ta ekstrawagancka fryzura postarzała Bo. W wieku 3 lat wyglądał na co najmniej 5-6, co wtedy jeszcze wydawało się liczbą niepojętą. Żaden z nich nie mógł być pewien, czy któryś z ich dziadków nie jest przypadkiem aż tak stary. 
              Bo jednak miał utrudnione zadanie, ponieważ jego żyjący dziadkowie mieszkali za wielką wodą, po drugiej stronie świata w kraju, o którym rodzice mówili, że nazywa się Polska. Jednakże podobno nikt nie wiedział jak tam jest. Nikt tam po prostu nigdy nie był. Bo twierdził, że pamięta dziadka, który był przy jego narodzinach. Jesper powątpiewał w tą teorię dopóki Bo nie oddał mu swojego przydziałowego lizaka. Wtedy wszystko stało się jasne i klarowne, a sam Jesper był w stanie uwierzyć we wszystko co usłyszał. Ufał Bo. Był jego przyjacielem. Jedynym. Pierwszym i jak później twierdził ostatnim. Mimo, że znali się krótko i ku usilnemu sprzeciwowi Jespera niestety niewiele dłużej.

wtorek, 3 kwietnia 2012

V. Dom na wybrzeżu


             Zgięty z bólu w pół Chris Angelblom i gładząca okolice własnego pępka Amalia Gustafsson stanęli na ślubnym kobiercu 2 maja 1985 roku. 
           Wesele przebiegało pomyślnie. Rodzice nie kłócili się nawet o kupno i sprzedaż własności. Znaleźli inny temat do rozmów. Przedmiotem dyskursu była tym razem potrzeba zamieszkania dzieci u rodziców. Córki i zięcia u Gustafssonów, a syna i synowej u Angelblomów. U tych pierwszych, bo są już starzy i sami sobie nie poradzą w utrzymaniu domu, u tych drugich, bo są już starzy i nie mają za co utrzymywać domu. Rozmowa trwała długo. Przy czym strony bardzo uważały, aby przypadkiem nie utracić własnej racji, która zresztą była bardziej racjonalna od racji drugiej strony. Rozmawiali na tyle długo, że nie wiadomo kiedy obie strony równocześnie zmieniły zdanie: dzieci zdecydowanie powinny zamieszkać u przeciwnej rodziny. U Angelblomów, bo  mając tam swojego szpiega w postaci córki Gustafssonom byłoby bliżej do kupna wilii, u Gustafssonów, bo Angelblomowie mając na 'pożadanym terenie' swoją latorośl zbliżyli by się znacznie do lasu w swoich pertraktacjach. Honor jednak nie pozwolił żadnej z rodzin ustąpić. W efekcie Amalia przez kilka dni mieszkała u rodziców Chrisa, Chris natomiast w tym samym czasie nocował u rodziców Amalii. 
           Sytuacja ta utrzymywalaby się jeszcze przez długi czas, gdyby nie fakt, że młoda para niespełna tydzień po ślubie zniknęła. Pojawiła się dopiero w połowie czerwca uśmiechnięta i wypoczęta, choć tak naprawdę nikt nie wiedział gdzie byli.
             Aby pogodzić skłóconych rodziców, młodzi zamieszkali w niedużym domku na wybrzeżu, w którym stacjonowali od jakiegoś czasu znajomi Chrisa. Erik i Erika - bo tak nieopatrznie zakpił z nich los - zaszli w ciążę znacznie wcześniej. O jakieś 5 dni. Amalia i Erika spodziewały się więc swoich potomków w podobnym czasie, mieszkając pod jednym dachem. Dzieki temu dom przypominał nieustannie cykającą bombę zegarową. Nikt tylko nie wiedział dokładnie kiedy owa wybuchnie.
       Pierwsza niespodziewanie wybuchła Amalia, przynosząc na świat syna. 27 papierosów później eksplodowała Erika wyrzucając z siebie dziecko z płcią mniej oczywistą od prawdziwosci doklejanych włosów u lekarza przyjmujacego poród. Z diagnozą zaryzykowano słusznie – jak się później okazało – "to jest... yyy... chłopiec". Na wszelki wypadek dano mu imię neutralne: Bo.
            8 stycznia 1986 roku nieduża chatka na wybrzeżu wypełniła się starymi i nowymi jej lokatorami oraz zaciekawionymi sasiadami, którzy aby tradycji stało się zadość przychodzili zobaczyć nowych mieszkańców Hammarby. W ciągu tygodnia zjawili się niemal wszyscy mieszkańcy małego osiedla brzegowego. Wszyscy oprócz starego Jorgena, który zaraz po tym jak po 45 latach małżeństwa opuściła go małżonka odchodząc z młodszą od niej o lat niespełna 20 współwłaścicielką smażalni, zamknął się w sobie dosyć hermetycznie. Jedynym jego przejawem otwierania się na ludzi było rzucanie świeżym gównem w spacerujących plażą zakochanych.
            Mimo nowych lokatorów w domku na wybrzeżu nie zmieniło się zbyt wiele. Erik i Erika tak samo jak do tej pory spędzali swój wolny i zajęty czas na oglądaniu telewizji, a także rozpracowywaniu nieużywanego, choć stojącego już ponad rok lata magnetowidu oraz nowiutkich kaset VHS. Tym razem robili to w trójkę. Mały Bo wyciągał palcami taśmę z kasety, Erik w pośpiechu ją zwijał. Bo zjadał przycisk 'power' w odtwarzaczu, Erik wstawiał nowy. Bo wkładał do otworu kasetowego różne przedmioty, Erik rozkręcał odtwarzacz i je wyjmował. Erika we wszystkim im wtórowała. Życie Chrisa i Amalii również nie uległo znaczącej zmianie. Dalej spacerowali plażą uchylając co jakiś czas głowy, tym razem jednak uchylali je we trójkę.

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

IV. Jesperogeneza cz.3

                
                 Christian i Amalia poznani zostali 15 kwietnia, roku 1985, podczas biesiadnej kolacji na 6 osób, w rozklekotanejanej, cuchnącej stęchlizną, drewnianej chatce Gustafssonów opływającej dobrobytem od środka. Christianowi przypominało to rodzynka – pomarszczonego karzełka z pysznym nadzieniem w środku. Swoją drogą rodzynki przypominały mu tym więcej rzeczy im częściej był zmuszany je jeść. W domu Angelblomów był to jeden z niewielu produktów spożywczych jakich nie brakowało. Teraz widział je przed sobą, wielkie i soczyste alter ego winogron, spoczywające na tłustym, niemal 100-kilogramowym dziku upieczonym do chrupkości przez zaradną gospodynię domu. Miał je na wyciągnięcie ręki. A jednak czekał. Nie chciał rzecz jasna popełnić żadnego faux – pas przy nowej (ba! jedynej) kandydatce na żonę. Miał już przecież 19 lat, a nigdy nie był żonaty.
            Ostrożnie ułożył sztućce według kolejności podawanych posiłków, na kolana rozłożył serwetę. Prostując się niemiłosiernie czekał na ruch 16-letniej wówczas Amelii, siedzącej vis-a-vis niego. Przypominając sobie kolejno szwedzkie zasady savoir-vivr'u skinieniem ręki zaproponował pannie posiłek. Uradowana niewiasta z niekompletnym uzębieniem położyła nienajczystsze dłonie na tłustym, dziczym zadku, rwąc przy tym co smakowitsze części mięsa. Pałaszowaniu towarzyszyły wesołe odgłosy mlaskania i cmokania. Chris zaśmiał się rubasznie, po czym instynktownie uchylił się przed karcącą ręką ojca, lądując twarzą w półmisku z pouree.
            Wbrew pozorom młodzi szybko znaleźli wspólny język. Jeszcze tego samego wieczora Amelia wiedziała gdzie znajduje się język Chrisa. Chris natomiast dobrze wiedział gdzie szukać języka Amelii. Płomienna miłość przeniosła się nawet na rodziców po obydwu stronach, którzy w ekstazie skakali sobie do gardeł oraz składali szczere deklaracje życzenia snu wiecznego. Angelblomowie musieli sprzedać dom, ale pod żadnym pozorem nie mogli zawrzeć transakcji z Gustafssonami, bo to przecież nie wypada. Gustafssonowie natomiast nie pozwolili sobie na utratę honoru i sprzedania lasu Angelblomom. Lasu, który nie był Gustafssonom do niczego potrzebny. Dzieci jednak musiały się pobrać, aby Angelblomowie przypadkiem nie utracili możliwości pertraktacji z Gustafssonami odnośnie lasu i aby Gustafssonowie mieli wciąż możliwość przekonywania Angelblomów, aby ci odsprzedali im willę.
            Ślub więc był kwestią czasu. Aby uczcić siódmy dzień znajomości Chris niechcący zapłodnił Amelię. Amelia kiedy uświadomiła sobie co się stało, niechcący złamała Chrisowi dwa żebra nieużywaną nogą od stołu.

niedziela, 1 kwietnia 2012

III. Jesperogeneza cz.2


          Fundusz zapomogowy dla bezrobotnych w Szwecji w międzyczasie uległ zmianie. Niepracujący zdążyli uzbierać spore sumy, wiekszość pracujących (przynajmniej do tej pory) trwoniąc bez umiaru pieniądze zaczynała biednieć. Nastąpiła niespodziewana zmiana miejsc. Biedni bogaci i wzbogaceni biedni żyli w napiętych stosunkach. Niekiedy nawet w bardzo napiętych.
            Z takich właśnie stosunków narodził się Jesper. Ojciec – biedny bogaty, matka – bogata biedna. On, Christian Agnelblom – syn Jensa, bogatego do niedawna współudziałowca tartaku i Ylvy, jedynej w miasteczku fryzjerki. Ona, Amalia Gustafsson – córka Borga, bogatego od niedawna, zawodowego łapacza much domowych oraz Turid, informatorki w sprawach socjalnych, podczas spotkań z innymi sąsiadkami – plotkarkami. Historia ich miłości zapewne przebiłaby w dramatyzmie niejedną parę targającą okrutnymi kolejami losu, gdyby nie fakt, że żadnego dramatyzmu tam nie było. Od momentu poznania się młodej pary do samej żeniaczki minęły niecałe 2 tygodnie. Żenić się było trzeba, bo szła inflacja jak orzekły strony.
            Faktem jest, że znajomość obu ojców została odświeżona nagle po 10 latach. Wcześniej zwaśniły ich różnice klasowe, jakie nastały w Hammarby, a teraz obaj mieli do siebie interes i mimo, iż wyjątkowo nie darzyli się sympatią, postanowili, że ich dzieci połączą się węzłem małżeńskim. Ojciec panny młodej, podstarzały już gospodarz, był prywatnym właścicielem niewielkiego, świerkowego lasku rozchodzącego się na wzgórzu tuż za domem. Jednego z ostatnich terenów leśnych w miasteczku. Niejednokrotnie nękany był przez właścicieli tartaku, aby za godziwą sumę odstąpił go spółce. Gospodarz nigdy jednak nie wyrażał na to zgody, agrumentując rozsądnie: "ni chuja".
            Teraz był to ostatni teren leśny w gminie Hammarby. Agnelblom wiedział, że jeżeli jest coś, co może uratować jeszcze tartak, to właśnie to poletko. Żeby przekonać starego Gustafssona oddał w ręce jego córki swojego syna, którego za pieniędze, które do niedawna posiadał, wykształcił w jednej ze szkół średnich w Sztokholmie.
            Gustafsson natomiast ostrzył sobie swoje ostatnie dwa zęby na willowy dom Angelblomów - który zresztą miał iść na sprzedaż, aby opłacić długi. Do pertraktacji miała posłużyć córka, którą oddał w ręce syna Agnelbloma, a którą własnoręcznie, niekiedy własnonożnie, na zmianę z żoną, wychowywał Gustafsson.

II. Jesperogeneza cz.1


           Jesper miał szczęśliwe dzieciństwo. Urodził się na południu kraju, w małej, nadbałtyckiej miejscowości o nazwie Hammarby, co w niektórych dialektach szwedzkich oznaczało dosłownie 'lewą stronę jajka'. Dla reszty ludzkości była to jednak kolejna nazwa nie posiadająca żadnego głębszego znaczenia. Mimo swojego atrakcyjnego położenia, Hammarby nie było miejscowością turystyczną. Trudno bowiem zachęcać wczasowiczów tonami śniętych na plaży ryb, niedużej wielkości portem dla tankowców oraz pozostałościami po imponujących rozmiarów fabrykach, w których niegdyś produkowano mrożonki, a których budowę zlecił podobno sam ówczesny król Szwecji Gustaw VI, uznany ekonom oraz wielbiciel archeologii. Jeden z niewielu ludzi, którzy tak bardzo udanie łączyli pasję ze swoją pracą.
            Przetwórnie padły niedługo po tym kiedy zaczęły padać ryby. Ryby padały od niezliczonej ilości ropy, która wylewała się z niszczejących tankowcow. Tankowce niszczały przez brak środków do renowacji, które wcześniej oferowała spółka produkująca mrożonki na podstawie umowy wymiennej. Złoty interes boleśnie wkręcał się w szprychy błędnego koła.
            Miejscowi chłopi tracąc zatrudnienie zgodnie podzielili się na tych, którzy byli zdolni jeszcze do pracy oraz na tych, którzy byli zdolni, ale woleli wyżyć z wysokiej renty zapomogowej, którą oferowało w tamtym czasie państwo szwedzkie. Dlatego też układ sił pracujących do niepracujących wynosił niespełna 12 do 100. Ci którzy pracowali dorabiali się majątku na wspólnym sąsiedzkim biznesie - wycinki gęsto rosnących na tym terenie lasów oraz sprzedaży mocno nieoheblowanego drewna.
            Przez pierwsze lata interes kręcił się nadspodziewanie dobrze. Przychody rosły do granic absurdu, a pracownicy bezimiennej spółki stawiali w pobliżu tartaku wykwintne wille, kupowali drogie samochody sztokholmskiej marki Volvo, prześcigali się w wymyślaniu coraz to bardziej pomysłowych zainteresowań. Plotka głosiła, że jeden z krezusów szczególnie upodobał sobie  hodowanie tygrysów syberyjskich, które zamykał szczelnie na terenie swojej posesji. Podobno owe rozpierzchły się po lasach na dźwięk wybuchu w ogródku sąsiada, którego zamiłowaniem stały się nagle miny przeciwpiechotne z okresu II wojny światowej. Konesera znaleziono martwego  pod własnym domem... i na szosie... i na oknie domu po drugiej strony ulicy, z którego w trakcie wybuchu wydobywał sie kawałek Shakin Stevens'a pt. "Give Me Your Heart", śpiewany przez masywnego, acz nie na tyle, aby przeciwstawić się potężnej sile alkoholu drwala.
            Wspomnianych tygrysów nigdy nie znaleziono. Pachniało konspiracją. Każdy miejscowy znał plotkę dotyczącą hodowli i jednocześnie nikt w nią nie wierzył. Na wszelki wypadek jednak wstrzymano wycinkę na miesiąc.
            Była to jedna z dwóch przerw w historii drewnianego przedsiębiorstwa Hammarby.  Na drugą nie trzeba było długo czekać.  Wycinanie lasów trwało w sumie dekadę i chyba ktoś nawet w międzyczasie wspominał o konieczności sadzenia nowych drzew, jednak jak zgodnie orzekła większość: "Nie ma potrzeby wpędzania się w dodatkowe koszty. Lasów jest w okolicy więcej, niż miejsca, w którym mogłyby rosnąć." I mieli rację. Do roku 1984, kiedy wycięto ostatnie drzewo. Przedsiębiorstwo zamknięto na czas nieokreślony. Wykorzystano też całą rezerwę finansową na sadzenie olbrzymiej ilości drzew, z której przyjęła się połowa – ta od strony morza z niewyjaśnionych przyczyn uschła. Należało teraz czekać. 

I. Wprowadzenie


Jesper zawsze mówił co myślał, chociaż myślenie nie było jego najlepszą stroną..

***

            Była sobota rano, kiedy autobus zgodnie z rozkładem jazdy zaparkował w przystankowej zatoczce.
        - Nie wpuszczę cię. Przepisy mówią wyraźnie: osoba przed 12 rokiem życia może podróżować wyłącznie z opiekunem.
            - Ale ja mam 12 lat!
            - Masz 8.
            - Mam 12, mogę to udowodnić!
            - Jak?
            - Wczoraj oglądałem w kinie "Człowieka demolkę".
            - Przecież to jest film od 16 lat.
            - W takim razie mam 16!
           Pisk hamujących opon rozległ się 50 kilometrów dalej. W Malmoe. Z autobusu zaczęli wysypywać się ludzie. Dosłownie i w przenośni. Większość z nich wracała po całonocnych festach wiejskich znieczulona do granic absurdu. Jesper znał ich twarze. Jeździł z nimi co tydzień. Co tydzień od niespełna roku kłócił się z kierowcą o swój wiek. Zawsze dopinał swego. Nie dlatego, że potrafił przekonać go, że jest starszy niż wygląda. Po prostu wiedział o czymś, co mogło być dla kierowcy bardzo niewygodne.
            - Wiem o czymś, co może być dla pana bardzo niewygodne.
        I jechał z dużym upustem na bilet. Choć tak naprawdę nie wiedział co mogło być dla kierowcy tak niewygodne (zasłyszał to zdanie w jednym z filmów z Harrisonem Fordem), podejrzewał, że ową 'niewygodną rzeczą' może być wełniana poduszka, wypchana trocinami, którą mężczyzna zwykł kłaść na siedzenie z racji swojego niskiego wzrostu. Zawsze wiercił się na niej jak poparzony. Z drugiej strony nie oddałby za tą teorię drogocennych zawartości swoich kieszeni, które zazwyczaj straszyły 'kotami' z materiałowych paprochów i papierków po świeżo rozpakowanych lizakach. Jesper kochał lizaki. Za każdym razem rozpakowywał je w obecności starszych kolegów, lizał je raz lub dwa (w zależności od smaku) i przyklejał do tylnej części garderoby niczego nie podejrzewających ofiar. Najbardziej lubił obserwować jak czerwone serduszka z doczepionymi patyczkami dyndały z kapturów bluz, rękawów swetrów oraz tylnych kieszeni bawełnianych spodni. To go uspokajało.