Na realizację postanowień nie trzeba było długo czekać. Jeszcze w trakcie tych samych wakacji Jesper i Bo organizowali sobie wycieczki trzykrotnie. Każda kolejna była bardziej dojrzała, rodziła coraz to bardziej skomplikowane rozmowy pozwalające lepiej poznawać świat. Każda kolejna wyprawa kończyła się fiaskiem. Powodów zazwyczaj było całkiem sporo, zaczynając od bolących nóg i przenikliwego głodu, kończąc na zgubionej drodze i rozsznurowanych butach.
W każdym razie nikt nie zamierzał się tym specjalnie przejmować. Nikt po za mamą Jespera, która w trosce o bezpieczeństwo pociech kiedy tylko przeczuwała, że chłopcy zamierzają mocno oddalić się od domu wyjmowała im z butów sznurówki. Bez nich trudno było się poruszać. No może oprócz plaży, na której Jesper i Bo zaczynali coraz dłużej przebywać. Szukali najczęściej muszli, których nigdy nie udawało im się znaleźć i bursztynów, które zdarzało im się napotkać. Ścigali się w tym kto znajdzie większy kamień i wyrzucali je do morza uważając, że są one absolutnie do niczego nie potrzebne. Po całodziennych zmaganiach na plaży chłopcy wracali do domu chłonąć niezbędne informacje, które napływały do nich z grającej skrzynki. Telewizja była dla nich istotnym elementem poznawczym. Jednym z niewielu w tamtym czasie.
Przez cieplejszą część roku dni mijały tak samo. Albo plaża, albo oglądanie telewizji, albo niezbyt fortunne w skutkach przebywanie raz u jednych, raz u drugich dziadków. Kiedy nadeszły chłodniejsze dni czas zaczął płynąć inaczej. Inaczej, bo z wyłączeniem plaży. Do tego znacznie szybciej robiło się ciemno. Po za tym dni chłodniejsze mijały dokładnie tak samo jak dni cieplejsze.
Dopiero zima przełomu 1990 i 1991 roku niosła za sobą niemałe atrakcje. Nadeszła ona niespodziewanie, bo w październiku zaskakując nawet najstarszych mieszkańców Hammarby. Śnieg, który co roku utrudniał życie mieszkańcom, tym razem czynił to ze zdwojoną precyzją, co owocowało w mrożące krew w żyłach sytuacje. Do jednej z nich zaliczyć można potrzebę fizjologiczną miejscowego rzeźnika, z którego matka natura zakpiła dosyć okrutnie przysypując mu śniegiem drzwi do nadwornej latryny, w której akurat wysilał się w pocie czoła. Zazwyczaj dumny z solidnej konstrukcji wychodka rzeźnik tym razem zaczął przeklinać na głos solidne mocowania desek. Dźwiękami wulgaryzmów nie została dotknięta jego rodzina, zebrana aktualnie przed telewizorem oglądając szwedzką wersję Rozmów w toku, odcinek zatytułowany Wyszłam za potwora.
Jedynym wyjściem z sytuacji dla rzeźnika był podkop, co również okazało się trudnym zadaniem, ponieważ zmarznięta ziemia nie bardzo chciała ustąpić. Rzeźnik wrócił ostatecznie do domu mając na całym sobie to co chwilę wcześniej miał w sobie. Co miał w sobie on i jego żona. Oraz to co miały ich dzieci przechodzce tegoż dnia ostrą biegunkę spowodowaną beztroskim gotowaniem matki. Starszy syn widząc w progu domu gównianą postać, z niejakim obrzydzeniem zabrał się do okładania łomem nieznajomego, który tak obcesowo wtargnął do ich domu. Żałował tylko, że nie ma akurat w pobliżu ojca, który z pewnością byłby dumny z zachowania syna. Potem żałował, że nie było go z innego względu. Gdyby był, powiedziałby mu, że ta gówniana postać to on sam i jednocześnie uniknąłby przemocy. Jego syn również uniknąłby przemocy ze strony ojca, który zabrał się do tego zaraz po wyjściu z przychodni, gdzie został opatrzony przez niedowidzącego pracownika medycznego będącego na co dzień jedynie woźnym. Z powodu zimowych wakacji brakowało jednak innego personelu, a z osób, które zostały tylko on potrafił tak krzywo założyć szwy. Nikt w miasteczku nie lubił rzeźnika, więc nikt też specjalnie nie zamierzał o niego dbać.
Zima miała trwać jeszcze przez 6 miesięcy. Po trzech atrakcje się skończyły niosąc za sobą długą dawkę nudy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz